2013-06-19
New article

 

  •  
 

Rozmowa z Mirosławem Pawłowskim i Jerzym Szymańskim, podróżnikami, założycielami Centrum Niezależnego Życia „Sajgon” w Ciechocinku

Anna Dymna: Witam Panów serdecznie. Pana Mirka (rzuca rozmówcy kamyk). Łap…

Mirosław Pawłowski: Złapałem.

A.D.: Pana Jurka (rzuca rozmówcy kamyk).

Jerzy Szymański: Udało się…

A.D.: Nie będziemy ukrywać, że się znamy. Wiem, że, mimo że jesteście na wózkach, strasznie „rozrabiacie”. Powiedzcie, co to jest ten „Sajgon”.

J.S.: To ośrodek, który nazywa się Centrum Niezależnego Życia „Sajgon” w Ciechocinku.

M.P.: Kiedy zaczynaliśmy działać, przychodziło do nas pół Ciechocinka, takiego „młodego” – najdziwniejsi ludzie: narkomani, rozrabiacy. Wbrew pozorom to byli całkiem fajni ludzie, którzy mieli energię i którym chciało się coś robić. Stąd nazwa „Sajgon”, bo – delikatnie mówiąc – panował tam rozgardiasz.

A.D.: To było miejsce, w jakim spotykali się ludzie, którzy nie mogli sobie poradzić w życiu?

J.S.: Tak.

A.D.: Urodziliście się zdrowi, sprawni. W jaki sposób znaleźliście się na wózkach?

M.P.: Przed wypadkiem byłem alpinistą, taternikiem. Spadłem podczas malowania konstrukcji wysokościowej w Hucie Katowice, de facto z niewielkiej wysokości, dziewięciu metrów. Spadłem jednak na tyłek, nie na nogi. Przez pierwsze dwa lata strasznie żałowałem, że żyję.

J.S.: Pierwszy raz to słyszę, a znamy się już dwadzieścia lat. Po prostu takich rzeczy sobie nie opowiadamy. Z kolei ja byłem kierownikiem budowy. W trakcie pracy spadłem z dachu. Jeden z murarzy chciał mi pokazać, że wieniec jest dobrze zrobiony. Oparłem się ręką, on mi nie powiedział, że cegła jest świeżo położona.

A.D.: Jurku, jak przeżyłeś ten moment, kiedy zdałeś sobie sprawę, że już nigdy nie będziesz chodził?

J.S.: Wiadomo, że to nie jest sytuacja komfortowa. Najgorzej chyba przeżyli to moi rodzice, siostry. Byli przy mnie cały czas.

A.D.: Miałeś wtedy już żonę?

J.S.: Jeszcze nie. Dziewczyna była ze mną po wypadku, ale potem nie wytrzymała tego wszystkiego. Nie mam do niej żalu. Ale rodzina to jest podstawa. A ja byłem zbuntowany. Wszystko mi się nie podobało. Oni musieli to znosić. W jakimś momencie pomyślałem sobie jednak: „Chłopie, zamęczasz siebie i jeszcze tych wszystkich ludzi wokół. Trzeba to zmienić”.

A.D.: Widziałeś przed sobą jakąś przyszłość bez chodzenia?

J.S.: W ogóle o tym nie myślałem. Zakładałem carpie diem. Dopiero później otwierały mi się oczy. Kiedy zobaczyłem kolegów z aktywnej rehabilitacji. Jeden z nich zaczął mi o tym wszystkim opowiadać…

M.P.: … jak to fajnie na wózku jest (śmiech).

J.S.: No właśnie. Zacząłem myśleć: „Skoro on tak może, to ja też”. Znalazłem się po raz pierwszy na obozie aktywnej rehabilitacji we Wrocławiu. Tam, też po raz pierwszy, wszedłem do basenu. Dużo rzeczy robiłem na wózku po raz pierwszy. Uczono mnie tego, co obecnie robimy w „Sajgonie”.

A.D.: To daje radość?

J.S.: Oczywiście. Czułem radość, kiedy po raz pierwszy zagrałem na wózku w tenisa stołowego, kiedy zszedłem po raz pierwszy z tego wózka do basenu, kiedy graliśmy w koszykówkę. Przewracałem się, ocierałem łokcie, ale z powrotem wsiadałem na wózek, bo już mnie nauczyli to robić. Okazało się, że na wózku można robić dużo rzeczy.

A.D.: A pamiętasz swój powrót ze szpitala?

J.S.: To był najgorszy moment. Do szpitala się przyzwyczaiłem, znałem kąty, miałem znajomych. A tu trzeba było przyjechać i zmierzyć się z rzeczywistością. Przychodzili koledzy, chcieli  może jakoś pomóc. Ale to się nieraz kończyło w najgorszy sposób. No bo o czym tu gadać? Jak nie ma o czym gadać, to najlepiej wypić jakąś flaszkę na przykład.

M.P.: Kobiety mają swoje depresje, a faceci – taki wspaniały wynalazek pod tytułem „chlanie”. Dwa lata chlałem jak głupi i użalałem się nad sobą.

A.D.: Miałeś żonę już wtedy?

M.P.: Tak, żonę i trzyletnią córkę. Trochę nawiążę do tego, co mówił Jurek: o pierwszych satysfakcjach na wózku i pierwszych porażkach. Otóż wróciłem po pierwszym obozie aktywnej rehabilitacji, pierwszym w Polsce, prowadzonym wtedy przez Szwedów w Lublinie, i byłem strasznie dumny, strasznie „naładowany”. Na przykład nauczyłem się zjeżdżać i wjeżdżać po schodach, co przedtem było dla mnie rzeczą zupełnie abstrakcyjną. Działając obecnie w aktywnej rehabilitacji, robię coś takiego jak „pierwszy kontakt”, to znaczy dojeżdżam do ludzi zaraz po wypadkach. Jak najwcześniej, po to, żeby zaoszczędzić im tego złego okresu przez jaki sam kiedyś przeszedłem. „Stawiamy” ich psychicznie do pionu w ciągu dwóch, trzech miesięcy. Uzmysławiamy im po pierwsze, że życie na wózku będzie inne. Najgorsze, co mogą robić osoby na wózku, to wracać z uporem maniaka do dawnego życia.  To jest nierealne.

A.D.: Jak Wam przyszedł do głowy pomysł na studia? Studiowaliście razem.

J.S.: Po to, żeby studiować, sami założyliśmy szkołę, bo był problem ze studiowaniem. Szkoły – jak wiadomo – niedostępne . Studia licencjackie skończyliśmy u nas, w Ciechocinku, w „Sajgonie”. Wykładowcy przyjeżdżali z Włocławka, z Wyższej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej. Wymyśliliśmy, że do południa studenci są na rehabilitacji, a popołudniami odbywają się normalne zajęcia szkolne. Koledzy z ciężkimi uszkodzeniami, tetraplegicy, którzy mają sparaliżowane dłonie, też mogli studiować.

A.D.: Co studiowaliście?

J.S.: To była pedagogika specjalna…

M.P.: Kierunek: oligofrenopedagogika.

J.S.: Ogólnie – rewalidacyjna. Robiąc to, co robimy, czyli zajmując się aktywną rehabilitacją w naszym ośrodku w Ciechocinku, korzystaliśmy jedynie z naszych osobistych doświadczeń, nie mieliśmy na to „papierów”…

M.P.: … a chcieliśmy, by miało to podbudowę teoretyczną.

J.S.: Zakładaliśmy, że ktoś kiedyś przyjdzie i zapyta: „A jakie wy macie uprawnienia, by coś takiego robić?”.

M.P.: Najpierw licencjat, a potem, regularnie, studiowaliśmy na UMK w Toruniu, uczelni zacnej. Przy czym bardzo miłe było przemówienie jego magnificencji. Powiedział do nas: „Słuchajcie, panowie, widzę, że macie z sobą duże problemy, jesteście na wózku, ale pamiętajcie, że UMK to jest uczelnia, które wypuszcza magistrów przez duże „M”. Wymogi w stosunku do was będą takie same jak do innych”. To było bardzo fajne. Powiem Ci, że rzeczą, która najbardziej ubliża nam, osobom z jakimiś niepełnosprawnościami, jest źle pojęta litość, źle pojęte wyrównywanie szans.

A.D.: Jureczku, a Ty byłeś wtedy kawalerem. Gdzie poznałeś swoją żonę?

J.S.: W Ciechocinku.

A.D.: Twoja żona jest pełnosprawna?

J.P.: Tak. Elka jest w pełni pełnosprawna. Jest nauczycielką wychowania fizycznego, pracuje w szkole specjalnej w Aleksandrowie. Mamy więc podobne zainteresowania. Elka pracuje z dzieciakami z dysfunkcją intelektualną.

A.D.: Twój wózek jej nie przeszkadzał?

J.S.: Nie przeszkadzał ani jej, ani jej rodzicom. Do tej pory nie przeszkadza. Teść już, niestety, nie żyje. Ale z teściami miałem zawsze wspaniały kontakt. Elka wcześniej pracowała, jako pielęgniarka, w uzdrowisku w Ciechocinku. Ludzie na wózkach do niej gnali, bo miała taką naturę, że wszystkim pomagała.

A.D.: To szczęście masz.

J.S.: Podwójne. Jest jeszcze Agata, która w grudniu będzie miała jedenaście lat.

A.D.: A powiedzcie mi: życie intymne człowieka na wózku to jest jakiś kłopot, jest inne?

M.P.: Lepsze. I mówię to z pełną odpowiedzialnością. Kobiecie na wózku jest trudniej niż nam. Faceci są wzrokowcami, oceniają kobietę z wyglądu. Patrzysz najpierw na nogi, na tyłek, na biust, a dopiero potem na to osławione wnętrze. Kobiecie na wózku trudno jest pokazać ładny tyłek czy nogi – ze względów technicznych. Natomiast w stosunku do facetów na wózkach – ukułem to sobie na własny użytek – kobietom włącza się pewnego rodzaju instynkt opiekuńczy. Nie bez przyczyny. Byłem na setkach obozów z udziałem osób niepełnosprawnych, a kadra – „serwis”, jak my mówimy – wolontariusze to są dziewczyny w wieku, powiedzmy, od dwudziestu czterech do dwudziestu sześciu lat. I – Jurek może to potwierdzić – największe powodzenie mili chłopaki nie z „serwisu”, chodzący, tylko ci na wózkach.  Nie znajduję na to innego wytłumaczenia niż takie, że u was, kobiet, włącza się coś w rodzaju instynktu opiekuńczego. My, faceci, fakt bycia na wózku uważamy za bardzo duże „obcięcie” naszych możliwości prezentacji. Dla nas synonimem męskości są „napakowane” łapy, sprawność fizyczna i tak dalej. Tymczasem okazuje się, że dla kobiet niekoniecznie ma to znaczenie.  Proporcje są takie, że na piętnastu znanych mi ludzi na wózkach, czternastu jest facetów, którzy mają żony albo kochanki, a tylko jedna kobieta  posiadająca partnera.

A.D.: Kiedy człowieka spotyka taki los, to się zmienia. Ale zmienia się też jego otoczenie. Czy Wasz krąg przyjaciół został taki sam? Czego dowiedzieliście się o ludziach po tych wypadkach?

M.P.: Tak naprawdę znajomości formułują się na nowo. Najbardziej stałym punktem rzeczywiście jest rodzina. Natomiast krąg znajomych zmienia się czasami w stu procentach.

A.D.: Straciliście przyjaciół poprzednich?

M.P.: Tak. Straciłem na przykład – co było dla mnie dużą traumą – praktycznie wszystkich przyjaciół z klubu wysokogórskiego. Też trochę na własne życzenie, ponieważ przez pierwsze lata po wypadku starałem się nie uczestniczyć w tym życiu górskim, że tak powiem, wyprzeć je z pamięci, mimo że mój brat się wspinał. Ale z drugiej strony – dla znajomych przestałem być atrakcyjną osobą. O czym tu gadać, skoro nie mogę rozmawiać, gdzie ostatnio się wspinałem i co robiłem?

A.D.: A Ty, Jurku?

J.S.: Podobnie. Tyle, że ja wyjechałem ze swojego miejsca zamieszkania. Od dwudziestu prawie lat mieszkam w Ciechocinku. Mam znajomych w innym miejscu. Chociaż, kiedy jeżdżę do rodzinnej miejscowości, to mam tam swoich prawdziwych przyjaciół, z którymi spotykam się po latach.

A.D.: Te rozmowy prowadzimy po to, żeby oswoić pewną rzecz: kiedy człowiek widzi na ulicy osobę na wózku, to nieraz się odwraca. Jest wielu fantastycznych ludzi, znam ich, są cudowni. Ale nie wiedzą, jak się zachować wobec osób niepełnosprawnych, to ich krępuje, zaczynają się głupio zachowywać, nie wiedzą, jak pomóc. Jest coś takiego nienormalnego w tych naszych stosunkach. Ale czy normalność tych stosunków nie zależy też od was?

J.S.: O tym właśnie chciałem powiedzieć. Od nas zależy bardzo dużo. Rozumiem obawy, ale, by ich nie było, muszę dotrzeć do ludzi. Muszę im pokazać, że jestem taki sam jak ludzie chodzący, a czasami nawet lepszy, że normalnie pracuję, płacę podatki, nie jestem na czyimś „garnuszku”, robię czasami więcej niż inni, bo aktywność niektórych moich kolegów skończyła się na piwie i telewizorze.

M.P.: Ale jest też kwestia pokoleniowa. Mam taki sprawdzian. Na swoim osiedlu mieszkam już dwadzieścia dwa lata. Kiedyś, gdy siadałem do samochodu, miałem wokół siebie wianuszek dzieci w wieku trzech, czterech lat. Strasznie się dziwiły: ojeju, facet na wózku wchodzi do samochodu. Na osiedlu ciągle są dzieci. Teraz, gdy wsiadam do samochodu – zero zainteresowania. To wynika z tego, że dzieci widzą takie osoby, jak ja, w parku, w kinie, na filmach. Niepełnosprawni nie są już osobliwością. Postawy wobec osób niepełnosprawnych są dwie: „O Boże! Jacy oni dzielni!” albo „O Boże! Jacy oni biedni!”. Obie są złe, bo ani nie jesteśmy herosami, ani biedakami. Każdy z nas stara się po prostu normalnie żyć. To nie jest tak, że budzimy się rano z myślą: „Jestem na wózku. Tyle przede mną dzisiaj wyzwań, którym muszę podołać”. Nie. Bierzesz wózek jak kapcie, wsiadasz na niego i realizujesz normalne zadania. Ale na to też trzeba czasu. Jestem na wózku dwadzieścia sześć lat. Każdego dnia o tym pamiętam. Ale nie jest tak, żebym to rozpamiętywał albo czuł się z tego powodu nieszczęśliwy.

A.D.: Być może ogląda nas ktoś, kto siadł niedawno na wózek, jest załamany. Powiedzcie, co ma zrobić?

M.P.: Po pierwsze skontaktować się z Fundacją Aktywnej Rehabilitacji, z której obaj się wywodzimy. Są różne oddziały, na przykład ta działalność, którą prowadzimy w „Sajgonie”, ale wszystko to ma korzenie FAR-owskie. Należy uczyć się życia na wózku. Nie samemu. Wiem, ile zajęło mi uczenie się najprostszych na świecie rzeczy, których w „Sajgonie” czy na innych obozach uczy się człowiek w ciągu dziesięciu dni. Na przykład: jak się ubrać, jak korzystać z ubikacji, jak wsiąść do samochodu. Jeśli dochodzisz do wszystkiego sam, trwa to miesiące, jeśli nie lata.

J.S.: Rehabilitacja jest procesem. Przez dwa tygodnie obozu nie można zrobić wszystkiego. Ale przez te dwa tygodnie docieramy do umysłu. Kiedy dotrze się do głowy, to reszta się uda. Osiągnęliśmy sporo. „Sajgon” stał się dla nas za ciasny. Całe szczęście, że Mirek ma wspaniałego brata Ryśka, którego miałaś okazję poznać w Krakowie. Był czwarty raz na Mount Evereście. Powiedział do nas: „Słuchajcie, przecież dużo rzeczy możecie zrobić, zobaczyć”. Z tej pozycji wózkowej.

M.P.: Zrobiliśmy coś takiego jak Korona Nadziei. Dojechaliśmy na wszystkie najbardziej wysunięte skrawki każdego kontynentu. Powiem – bez przesady – że było to czasami okupione krwią. W Afryce, kiedy robiliśmy Przylądek Dobrej Nadziei, okazało się, że miejsce to jest tylko książkowo najbardziej wysuniętym skrawkiem kontynentu, a tak naprawdę jest nim Przylądek Igielny. Jechaliśmy więc kilkanaście kilometrów na wózkach. Rękawiczki zdarliśmy do cna. Dotarliśmy tam z pokrwawionymi łapami.

J.S.: Rysiek namawia nas teraz na Mount Everest, zrobił już rozpoznanie. Oczywiście nie na sam szczyt. Ale do bazy na pięć pięćset metrów możemy dotrzeć.

A.D.: Życzę Wam powodzenia w tych wszystkich zamierzeniach. Mam przede wszystkim nadzieję, że wiele osób obudzicie do życia i radości. Jesteście dla mnie przykładem, że życie na wózku też może być piękne i ciekawe. I w niczym nie jesteście gorsi.

M.P.: Jasne, że tak.

J.S.: Może, dzięki temu programowi, ktoś znajdzie na mapie Ciechocinek, ulicę Wojska Polskiego 17. Chętnie pomożemy.

A.D.: Dzięki, Kochani.

J.S.: To my dziękujemy.

M.P.: Dziękujemy bardzo.